Jesteś tutaj:

Nieustający rejs kapitana Kuźniara

406
Nieustający rejs kapitana Kuźniara

Kilkanaście razy odwiedził Antarktykę, kilka Spitsbergen, poza tym Grenlandię, Islandię, Wyspę Jana Mayen, Falklandy i wiele innych. Prowadził wyprawy żeglarskie po Morzu Arktycznym, Grenlandzkim, Barentsa, Norweskim, Bellinghausena, Oceanie Lodowatym. W 2011 roku "Selma" jako pierwszy polski jacht, dotarła na Morze Weddella.
Jachtem dowodził Piotr Kuźniar. Gość Biblioteki Miejskiej w Wyszkowie. Spotkanie z żeglarzem-podróżnikiem zorganizował Marek Osiński.
Na spotkaniu w bibliotece kapitan przy pomocy slajdów i filmu z wyprawy opowiedział właśnie o tym udanym rejsie na Morze Weddella. Na początku zdradził, że żeglowanie po zimnych wodach miało u niego swój początek w książkach, które przeczytał. Wiele lat temu pochłonął kilka tomów o polarnych wyprawach i zamarzył, by wziąć w nich udział. W 2006 roku sprzedał firmę, przyjaciele dołożyli swoje pieniądze i wspólnie kupili jacht "Selma".
- Od sześciu lat stale pływamy na Morze Weddella. Od 2006 roku jesteśmy w nieustającym rejsie z krótkimi przerwami - powiedział.
Wyjaśnił, że Morze Weddella jest trudniejszą częścią, niż zachodnia część półwyspu antarktycznego. Do tej pory kapitan wybierał się na "Selmie" trzy razy na Morze Weddella. Pierwsza próba była nieudana, druga w 2011 roku skończyła się powodzeniem.
- Dopiero po rejsie okazało się, że przed nami było tam 7 czy 8 jachtów - stwierdził Piotr Kuźniar.
Trzecia wyprawa miała odbyć się w tym roku, ale okazało się, że morze nie rozmarzło. Rejs trwał cztery tygodnie. Jacht przebył ponad 2 tysiące mil. Piotr Kuźniar zapytany, czemu upodobał sobie zimne wody, a nie ciepłe, wyjaśnił, że o takich wyprawach właśnie książki czytał.
Jacht "Selma" jest dobrze przygotowane na polarne wyprawy. Są przedziały wodoszczelne, podwójne szybki, wszystkie ważne rzeczy są zdublowane. Nie brakuje części zapasowych i generatora.
- Co roku jacht własnoręcznie naprawiamy. Musimy wiedzieć, co było robione i jak to było robione. Fachowcom też patrzymy na ręce - wyjaśnił kapitan.
Tydzień takiego antarktycznego rejsu kosztuje 1300 euro od osoby. Z kolei coroczny remont jachtu - około 300 - 350 tys. zł. Żeglarz przyznał, że bez zespołu "Selmy" i mnóstwa innych wspierających osób wyprawy nie byłyby możliwe.
- Jacht ma ponad 20 metrów długości i blisko 5 metrów szerokości. Stałą załogę stanowią dwie, trzy osoby, a docelowo jest ich dziesięć - dwanaście.
O czym marzy? - By popłynąć na Morze Rossa w przyszłym roku przez Pacyfik do Nowej Zelandii. Szukamy ludzi, którzy chcą się przeprawić przez Pacyfik. Po dotarciu na Wyspę Rossa uczestnicy wyprawy planują wejście na czynny wulkan Erebus. W jego kraterze znajduje się stałe jezioro lawowe.
(EP)

Źródło: "Głos Wyszkowa" Nr 18 z 7 maja 2013 r.